Z biblioteki MCK – Krzysztof Czyżewski

2020-03-26
A-
A+
Krzysztof Czyżewski, Kultura i solidarność 

[esej pochodzi z książki W stronę Xenopolis przygotowanej przez Wydawnictwo MCK w 2019 roku]

Człowiek, który znalazłby się sam we wszechświecie, nie miałby żadnych praw, ale miałby powinności. 
Simone Weil 

Powracamy do solidarności jak wędrowcy powracają do domu z dalekiej podróży ścieżkami wolności. Stworzyliśmy dla wolności kartezjański światopogląd z ludzkim „ja” w centrum, stworzyliśmy dla niej systemy: państwowy (w służbie niepodległości narodowej), polityczny (z władzą ustanawianą wolną wolą większości obywateli) i gospodarczy (oparty na własności prywatnej i wolnym rynku), wreszcie stworzyliśmy kulturę sytuującą w centrum niczym nieskrępowane ego artysty‑demiurga. Potrzeba było czasu, abyśmy zrozumieli, że wolność bez równości i braterstwa niesie zniewolenie.

W suwerennych państwach narodowych zaczęliśmy czuć się zagrożeni wewnętrzną i zewnętrzną przemocą ze strony tych, którzy na własnej skórze doświadczyli braku solidarności i których nauczyliśmy, że świat wieczną walką o swoje stoi. W erze postępu cywilizacyjnego i rosnącego dobrobytu, co wiązaliśmy z demokracją oraz liberalizmem kulturowym i gospodarczym, doświadczamy coraz głębszych podziałów społecznych, konfliktów kulturowych i rozpadu więzi międzyludzkich. W imię wolności narodów i emancypacji jednostki buntowaliśmy się przeciw zbiorowym formom zniewolenia, takim jak kolonialny imperializm, państwo represyjne, konwenanse obyczajowe czy tradycje kulturowo‑religijne. Poszerzając nieustannie pole wolności indywidualnej, zaczęliśmy poznawać gorzki smak alienacji, egoizmu i samotności wśród innych, a także depresji, tej najbardziej rozpowszechnionej choroby społeczeństw liberalnych.Trzeba było tego doświadczenia współczesności, abyśmy uświadomili sobie, że człowiek rodzi się dla wolności, ale staje się prawdziwie wolny dopiero wtedy, gdy dobrowolnie potrafi z niej zrezygnować.

Dlatego powracamy do solidarności. W reakcji na nieskuteczność, by nie powiedzieć bezradność państw narodowych wobec niektórych wyzwań współczesnego świata, takich jak globalne ocieplenie, bezpieczeństwo, bieda czy wykluczenie, szukamy ponadnarodowych form demokracji i globalnych sposobów zarządzania nią. Inicjatywy takie jak Interdependence Movement szansę na przyszłość upatrują w rosnącej roli miast jako współpracujących ze sobą autonomicznych podmiotów, których domeną jest współzależność, a nie – jak w przypadku państw narodowych – niezależność. Traktuje o tym ostatnia książka Benjamina Barbera o wymownym tytule: Gdyby burmistrzowie rządzili światem [1]. Ale powroty do dziewiętnastowiecznych idei solidaryzmu (fr. solidaire), głoszących wspólnotę interesów ludzi ponad podziałami (wówczas głównie klasowymi), znajdują posłuch również pośród tych, którzy zamiast „wszystkich ludzi” wolą mówić „swoich ludzi”, po raz kolejny w historii nadając tym ideom ton nacjonalistyczny i faszyzujący, który w naszym coraz bardziej wielokulturowym świecie brzmi złowieszczo.

W 2011 roku, gdy tylko ruszyła fala protestów od amerykańskiego Occupy Wall Street po hiszpańskie Indignados, organizatorzy „ruchu oburzonych” zabiegali o wsparcie Lecha Wałęsy. Zaproszenie przywódcy „Solidarności” do parku Zuccottiego na dolnym Manhattanie (choć zostało przyjęte, do wizyty ostatecznie nie doszło) odwołuje nas jednak do zupełnie innego kontekstu niż o siedem lat wcześniejsza jego obecność na Majdanie Nezałeżnosti (placu Niepodległości) podczas ukraińskiej Pomarańczowej Rewolucji. W Kijowie Wałęsa był symbolem antyreżimowej walki o niepodległość i demokrację, podczas gdy w Nowym Jorku symbolizował solidarność społeczną i walkę z neoliberalną autokracją. W łonie polskiego ruchu „Solidarności” nurty niepodległościowy i społeczny łączyły się ze sobą. O ile jednak dzisiaj nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości, że ruch ten przyniósł Polsce wolność i demokrację, o tyle wielu kwestionować będzie jego zwycięstwo w sferze solidarności społecznej.

Niezależnie od tego, jak oceniać będziemy dorobek polskiej „Solidarności” oraz innych ruchów wolnościowych i społecznych w świecie w ostatnich dekadach, doświadczenie osób i społeczeństw w nie zaangażowanych mówi nam, że suwerenność państw i wolność jednostki nie niosą ze sobą automatycznie międzyludzkiej solidarności, a to ona właśnie na początku XXI wieku staje się dla nas największym wyzwaniem. Zresztą nie tylko międzyludzkiej, bo wszystkie żywe istoty i cała Ziemia, którą czynimy sobie poddaną, domagają się od nas empatii. Wiemy już, że wolność może zniewalać, tak jak wiemy również, że równość i miłość bliźniego mogą być realnym fundamentem wolności jednostek i wspólnot. To są kwestie zasadnicze, które musimy rozważyć dzisiaj, pytając o kulturę i solidarność.

Kultura, którą dziedziczymy po ostatnich dwóch stuleciach i uprawiamy współcześnie, dobrze się czuje w sferach wolności i niezależności. Obecnie dołączyła do nich także sfera różnorodności kulturowej, rozumianej jako unikalne bogactwo języków i lokalnych tożsamości domagające się ochrony przed unifikującą globalizacją. Kultura tworzona na matrycy epoki przemysłowej, modernistycznego indywidualizmu i światopoglądu oświeceniowego, dobrze współgrała z wolnościowymi zrywami narodów i kształtowaniem się na ich gruncie nowoczesnych państw i tożsamości, a także z budowaniem Unii Europejskiej pod hasłem jedności w różnorodności. Szczególnie dla narodów przez całe stulecia pozbawionych państwowości stanowiła prawdziwą i często jedyną ostoję ducha i przetrwania. I dzisiaj jeszcze istnieją takie miejsca na mapie świata, gdzie ta właśnie misja kultury nie została wypełniona. Nie zmienia to jednak faktu, że sam wolnościowy aspekt, podobnie jak stanie na straży zróżnicowania i poszanowania odmienności, nie wyczerpują już dzisiaj misji kultury zaangażowanej w najważniejsze sprawy naszego czasu.

Dla globalizującego się i coraz bardziej współzależnego świata najważniejszym wyzwaniem staje się solidarność, obejmująca całość relacji człowieka, tak z innymi ludźmi, jak i z naturą. A głęboka solidarność potrzebuje głębokiej kultury. Człowiekowi nowej epoki – jeśli nie doprowadzi do katastrofy, ulegając narastającym po raz kolejny siłom ksenofobii i egoizmu – prawdziwe wyzwolenie przyniesie empatia, o którą będzie walczył z taką samą determinacją i odwagą jak wcześniej o wolność i którą będzie w sobie kształtował, nie uciekając od wolności, lecz dobrowolnie się jej wyrzekając, albo też – co na jedno wychodzi – mądrze się nią dzieląc. Zapowiada to całkowitą zmianę paradygmatu kulturowego. Trudno nam jeszcze sobie w pełni uświadomić przełom, na którego progu obecnie stoimy, i jakie będą jego konsekwencje dla twórczości artystycznej i praktyk kulturowych. Zmiany, które najwyraźniej dzisiaj dostrzegamy, dotyczą możliwości oferowanych przez nowe media i technologie oraz tego, jak one oddziałują na tworzenie i odbiór współczesnej kultury. Jednak rzeczywista rewolucja w kulturze, której nowoczesna technika jest jedynie podatnym instrumentem, dokonuje się poprzez coraz silniejszą obecność Innego w naszym życiu. Już nie kartezjańskie „ja”, lecz druga osoba, „ty” sytuować się będzie w centrum naszego światoobrazu. Kultura ego‑centryczna jest dzisiaj kulturą wyczerpania. Stajemy się w coraz większym stopniu jednostkami i społecznościami dialogicznymi, a nawet polilogicznymi, skoro w rozmowie toczonej za wspólnym stołem słyszalnych jest więcej głosów niż tylko drugiej strony. Od kultury oczekujemy interaktywności, współtworzenia, interdyscyplinarności, na równi egalitarności i nowatorstwa. Coraz mniej satysfakcjonuje nas uczestniczenie w kulturze w pozycji biernych odbiorców, a coraz bardziej chcemy być auktorami – zarazem autorami i wykonawcami swoich idei i dążeń.

Jesteśmy na początku długiego procesu, nie znamy jeszcze arcydzieł kultury głębokiej, ale wyczuwamy wyraźnie, że to nie przekraczanie kolejnych tabu ograniczających wolność jednostki i nie manifestacja odmienności czyni współczesną sztukę awangardową, lecz poszukiwanie nowych, autentycznych form wyrazu dla spotkania z Innym. Rozumiemy jednocześnie, że ksenofilia, którą uczymy się pielęgnować w nowoczesnym ogrodzie kultury, nie jest jedynie pracą skierowaną na zewnątrz nas, ku innym. Wychylenie ku Innemu, możliwe jedynie poprzez przekroczenie siebie samego, stwarza nas samych, prowadzi ku pełni naszego osobowego istnienia i konstytuuje naszą tożsamość równie silnie jak w poprzedniej epoce czyniła to przynależność narodowa, a jeszcze wcześniej klasowa czy plemienna. Dlatego solidarność stawia najpoważniejsze wyzwanie przed kulturą czasu przełomu, szukając dla wolności oparcia i legitymizacji we współ‑tworzeniu, współ‑odpowiedzialności, współ‑zależności, współ‑pracy i współ‑czuciu.

Tworząc z gronem przyjaciół ze środowiska teatru awangardowego zespół „Pogranicza”, który powołał do istnienia fundację, ośrodek kultury w Sejnach i Międzynarodowe Centrum Dialogu w Krasnogrudzie, od początku – czyli od roku 1990 – musiałem się mierzyć z nieprzystawalnością myślenia o kulturze, warsztatu artysty i narzędzi praktykowania kultury do pracy, którą mamy do wykonania.

Albowiem naszym zadaniem nie było kontynuowanie kultury wolnościowej, podziemnej i alternatywnej z poprzedniej, PRL
owskiej epoki. Nie zamierzaliśmy bronić polskości na Kresach ani budować jakiejkolwiek innej twierdzy. Wiele zrobiliśmy dla rozmaitych mniejszości i wspólnie z ludźmi odmiennymi ze względu na swój język, wyznanie, narodowość, wiek, status społeczny czy obyczajowość, ale również nie to stanowiło trzon naszej pracy. Chcieliśmy budować międzyludzką i międzykulturową tkankę łączną, tu i teraz, w konkretnych społecznościach lokalnych, na bolesnych pograniczach, pełnych pozrywanych mostów, traumatycznych pamięci i zadawnionych konfliktów, odrębnych mitologii narodowych i raniących sąsiadów mitów wolnościowych. Oczywiście, że często przychodziło nam przełamywać różne tabu, zmagać się z uprzedzeniami i różnymi formami ideologicznego zniewolenia, a więc działać na polu poszerzania wolności i niezależności kultury. Ale też nigdy na tym nie poprzestawaliśmy. Nie urządziliśmy w Sejnach performansu czy festiwalu, aby dzień po wyjechać do kolejnego miasta albo na inny festiwal. Pozostaliśmy tam na zawsze, a w związku z tym istotne dla nas były więzy międzyludzkie, to, co staje się następnego dnia po wieczorze poezji czy muzyki, w długim trwaniu, to, co jest kultywowane i rozwija się w procesie, to, co osadza w życiu esencję. Tak rozumieliśmy kontunuowanie dzieła „Solidarności” po 1989 roku. Naszym imieniem odpowiadającym etosowi solidarności było „pogranicze”, obejmujące całą wspólnotę, z granicami przebiegającymi w jej wnętrzu i mostami niezbędnymi jej do życia. Nie mieliśmy jednak kultury do praktykowania etosu pogranicza. Kultura zorientowana na event i medialność, uzależniona od rynku, krótkotrwałych grantów, narcystycznego gwiazdorstwa, efekciarskiego indywidualizmu, jednorazowa i kupcząca przekraczaniem różnych tabu nie może być częścią warsztatu budowniczego mostów.

Indywidualizmu i światopoglądu oświeceniowego, dobrze współgrała z wolnościowymi zrywami narodów i kształtowaniem się na ich gruncie nowoczesnych państw i tożsamości, a także z budowaniem Unii Europejskiej pod hasłem jedności w różnorodności. Szczególnie dla narodów przez całe stulecia pozbawionych państwowości stanowiła prawdziwą i często jedyną ostoję ducha i przetrwania. I dzisiaj jeszcze istnieją takie miejsca na mapie świata, gdzie ta właśnie misja kultury nie została wypełniona. Nie zmienia to jednak faktu, że sam wolnościowy aspekt, podobnie jak stanie na straży zróżnicowania i poszanowania odmienności, nie wyczerpują już dzisiaj misji kultury zaangażowanej w najważniejsze sprawy naszego czasu. Tworzone przez niego dzieło potrzebuje zanurzenia w głąb i ciągłości, nie zna czasu przeszłego dokonanego, ma za to czas na rozmowę i przemianę, w długim trwaniu przywraca ludziom godność, pamięć i zaufanie. Podobnie trudno przysposobić do tego rzemiosła starą matrycę kultury, obronną dla tożsamości narodowej i różnorodności, ale już nie mieszczącą w swych ramach tkanki łącznej, która nie jest przecież sumą odrębnych komórek, lecz integralną całością, stanowiącą jakość samą w sobie. Od początku pracy w „Pograniczu” musieliśmy szukać szansy budowania nowego paradygmatu, który – w odpowiedzi na powinność solidarności – dawałby możliwość tworzenia kultury głębokiej, rodzącej się w transgresji od „ja” ku „ty”.

Każdy, kto doświadczył życia w tej części świata zdawał sobie sprawę, że projekty wyłącznie polityczne i twarde, w dziedzinach gospodarki czy bezpieczeństwa, nie są zdolne do zbudowania autentycznej wspólnoty na gruncie tak trudnym, bogatym i złożonym, jak historyczno‑kulturowe dziedzictwo Europy Środkowo‑Wschodniej. W istocie okazało się, że kultura wchodzi aktywnie w sojusze z przedsiębiorczością, samorządem lokalnym, edukacją czy turystyką. Opornie postępuje natomiast integracja polityczna naszej części kontynentu, a na przeszkodzie staje jej dziedzictwo posttotalitarne i zagrożenie demokracji ze strony reżimów autorytarnych. Wydawało się więc, że najważniejszą rolę ma tu do odegrania kultura zaangażowana w działania antyreżimowe, które często łączą się także z obroną tożsamości narodowej, rozwiązywaniem konfliktów etniczno‑religijnych i innymi działaniami poszerzającymi obszary wolności jednostki i wspólnoty. Obok jednak tej sfery refleksji i działania – ważnej i aktualnej – szybko zrodziła się potrzeba dyskusji i nowych praktyk w nurcie uspołecznienia kultury. O ile oczywistymi stawały się pytania o to, po co nam kultura, o tyle coraz więcej ciekawości i kontrowersji budziły pytania o to „jaka kultura”, jak robiona, w jakiej formie, dla kogo, z czyim udziałem, z jakim długofalowym skutkiem, dzięki jakim kompetencjom itd. W tle tych pytań tkwi niepokój, często podświadomy, o solidarność, a uczciwiej – o rozziew między kulturą a solidarnością.

Pytania te, coraz częściej towarzyszące rozmowom z twórcami z Europy Środkowo
Wschodniej, obnażają do pewnego stopnia wyczerpanie kultury wyłącznie antyreżimowej czy antyestablishmentowej, dobrze przyjmowanej na Zachodzie i chętnie tam konsumowanej, ale coraz mniej efektywnej na tutejszym gruncie. Towarzyszy temu potrzeba wyjścia z podziemia, z elitarnych kręgów, z metropolitalnego centrum ku ludziom, ku zmianie społecznej, ku pracy organicznej, ku prowincji i marginesom. W kulturze zaangażowanej zaczyna ważyć już nie to przeciwko komu jesteśmy, a z kim. Można i trzeba protestować w imię solidarności, ale nie można w długiej perspektywie jednocześnie uprawiać kultury protestu i kultury solidarności. Co ciekawe ta zmiana nie wiąże się, a przynajmniej nie musi, ze zmianą generacyjną czy też wymianą elit kulturalnych. Bardzo często właśnie ci twórcy i myśliciele, którzy byli zaangażowani w kulturę protestu,  narodowowyzwoleńczą czy antyreżimową, dzisiaj poszukują spoiwa dla kultury i solidarności społecznej, rozumiejąc, że w warunkach, jakie istnieją obecnie w ich krajach wolności nie zdobędzie się na rewolucyjnych barykadach, lecz pracą organiczną, budującą międzyludzkie więzi i kapitał społeczny dla ewolucyjnej zmiany. Podczas świętowania roku Czesława Miłosza w auli Akademii Muzycznej w Mińsku przywołany został wiersz Który skrzywdziłeś – jego fragment wyryty jest na pomniku stojącym na placu Solidarności przed Stocznią Gdańską. Odczytany ze sceny w językach polskim, rosyjskim i białoruskim przez Ryszarda Krynickiego, Natalię Gorbaniewską i Andreja Chadanowicza, wywołał duże emocje. Ale słowa, które najbardziej zapadły w pamięć licznie zgromadzonej publiczności, i które słyszałem potem powtarzane w kuluarach, pochodziły z Traktatu moralnego: „Lawina bieg od tego zmienia, / Po jakich toczy się kamieniach…” (Traktat moralny, WW 306).

Głębokie rozumienie solidarności obejmuje szacunek i dialog z tymi, którzy żyli i tworzyli przed nami. Taki most
nawiązanie do przeszłości wymaga misternej konstrukcji, co jest tym trudniejsze, że wiele jest wersji tej przeszłości, a przede wszystkim, że istnieją one zamknięte w gotowych matrycach kulturowych, zazwyczaj apologetycznych, obronnych i zideologizowanych. Brakuje nam kultury krytycznej ustanawiającej nasze relacje z przeszłością, budowanej na gruncie solidarności, a więc scalającej różnych ludzi pod jednym dachem wspólnej pamięci i dziedzictwa. Krytyczność kultury nie ma nic wspólnego z negowaniem czyichś zasług i ofiar, brakiem dumy czy umiejętności cieszenia się z sukcesu. Chodzi w niej o dystans do samych siebie, obiektywną ocenę, o uderzenie się we własne piersi, gdy trzeba, o uwzględnienie odmiennych racji, o miejsce dla innych we wspólnym kręgu. Dlatego na niej powinna zasadzać się konstrukcja mostu prowadzącego ku przeszłości i tradycji. Prawdziwym jednak wyzwaniem jest wprowadzenie tej tradycji w kontekst współczesny, w strumień działań istotnych dla świata dzisiaj i jutro, pytanie o to, jak uczynić tradycję żywą dla przyszłości. Kultura krytyczna jest tu znakomitym wprowadzeniem, solidnym – bo nie zafałszowanym i dalekim od emocjonalnego zaślepienia – oparciem w nowych poszukiwaniach.

To nie kultura egoizmu, indywidualizmu, która często panuje w naszym społeczeństwie, buduje świat bardziej ludzki, i do niego prowadzi; nie, to nie ta kultura, ale kultura solidarności; kultura solidarności polega na tym, by w drugim człowieku widzieć nie konkurenta lub numer, ale brata. […] tylko wtedy, gdy jesteśmy zdolni do dzielenia się, wzbogacamy się naprawdę. […] Miarą wielkości społeczeństwa jest sposób, w jaki traktuje ono najbardziej potrzebujących […] 
[2].

Znakiem naszego czasu staje się kultura odpowiadająca na wyzwanie solidarności. I nie chodzi tutaj o powierzchowne zmiany, o kolejny trend, o nową estetykę czy temat społeczny. Naszym doświadczeniem staje się gruntowna rewolucja języka, który ukształtował matrycę naszej kultury – zmienia się nie tylko jego słownictwo, ale także gramatyka. Kultura musi stać się solidarna nie tylko w tym, o czym opowiada, ale także w tym, jak jest czyniona.

Zygmunt Bauman rozważając charakter „eksplozji solidarności”, jaką był ruch oburzonych, który stał się w istocie krótkotrwałym karnawałem, obnażającym fakt, że nasza kulturowa rzeczywistość jest „dla solidarności niegościnna”, konstatował:

Chcesz solidarności? Stań oko w oko i weź się za bary z rutyną codzienności. Z jej logiką czy jej brakiem. Z mocą jej wymogów, nakazów i zakazów. Krótko mówiąc, ze sposobem życia ludzi odpowiedzialnym za przyszły kierunek ludzkiej historii, przez którą był stworzony i jest odtwarzany 
[3].

Powracamy do solidarności, rozumiejąc, że jest ona autentycznym spoiwem dla świata coraz głębszych podziałów społecznych i kulturowych, a jednocześnie coraz bardziej współzależnego. Solidarność staje przed nami jako nowe wyzwanie, po lekcji wolności, która znajdowała swoje spełnienie w indywidualizmie, niezależności i odrębności, a nie w równości i empatii. To wszystko sprawia, że żyjemy w czasie, w którym solidarność zmienia paradygmat kultury, stawiając ją oko w oko z rutyną codzienności i głębią Innego.

[1] Benjamin R. Barber, Gdyby burmistrzowie rządzili światem. Dysfunkcyjne kraje, rozkwitające miasta, przeł. Hanna Jankowska i Katarzyna Makaruk, Warszawa 2014.

[2] Wizyta apostolska papieża Franciszka w Brazylii z okazji 28. Światowych Dni Młodzieży. Nawiedzenie wspólnoty w Varginha. Przemówienie Ojca Świętego. Rio de Janeiro – Varginha, 25 lipca 2013 r. Źródło:

https://w2.vatican.va/content/francesco/pl/speeches/2013/july/documents/papafrancesco_

20130725_gmgcomunitavarginha.html (dostęp: 12.09.2019).

[3] Zygmunt Bauman, Solidarność: słowo w poszukiwaniu ciała, „Tygodnik Powszechny” nr 37/2012, dodatek Solidarność dzisiaj.


×
Dodano do koszyka:

Kontynuuj zakupy Przejdź do koszyka